Relacja z pierwszego weekendu Asymmetry Festival - Data: 26.04.2009 - Ogladano: 556

Miejsce: Oda Firlej, Wrocław
Data: 17-19.04.2009

Wyprawa do Wrocławia zawsze wiąże się dla mnie z przyspieszonym biciem serca. Nie dlatego, że tak bardzo lubię zwiedzać to urocze miasto, czy też podziwiać jego czasami niezrozumiała architekturę. Rzeczą, która przyspiesza mój puls jest ODA Firlej, z odwiedzinami w którym zwykle moje wyprawy do Breslau się wiążą. To właśnie tam ostatnio gościło Isis, tam nie tak dawno ze swoja muzyką wystąpił Helmet, to tam w końcu w dwa ostatnie weekendy kwietnia odbywać się będzie Asymmetry Music Festiwal. O samym festiwalu poczytać obszerniej można na http://www.asymmetryfestival.pl/, ja pozwolę sobie, przynajmniej na razie, skupić się na pierwszym weekendzie tego wspaniałego wydarzenia, który już za nami.

Po krótkim i niezamierzonym zwiedzaniu Wrocławia związanym z moją, wciąż budzącą kontrowersję, umiejętnością czytania mapy, zameldowałem się w Firleju około 19.30. Odbieranie akredytacji, zostawienie klamotów w bezpłatnej ( brawo!) szatni, szybki browarek na ukojenie wywołanego bieganiem po mieście pragnienia i już byłem na sali. Rzeczą, która od razu mnie uderzyła była niska frekwencja, spowodowana jak się dało słyszeć kuluarach, wysokimi cenami biletów. Że co? Panie i Panowie: Baroness, Ufomammut, Lent0, 65daysofstatic, At The Sundown, Tummo, Amen Ra, A Storm of Light, Tephra i Kingdom. Jakby nie liczyć 10 zespołów (byłoby 11 gdyby nie choroba w szeregach Starslighttheend), z których co najmniej połowa to absolutna czołówka w swoich szufladkach gatunkowych za 165 złotych, to dużo? Nie sądzę. Prawda, to nie są małe pieniądze, ale jak najbardziej adekwatne do klasy występujących muzyków. Patrząc na skład zaproszonych zespołów można wręcz rzec, że Asymmetry to taki Heineken Open'er dla wielbicieli alternatywnej alternatywy, z lepszą muzyką i za mniejsze pieniądze.

Przejdźmy do samych koncertów. W piątek otwierało włoskie Lent0. Dobrze się słuchało ich instrumentalnej, kręcącej się w okolicach, a jakżeby inaczej, Neurosis muzyki, choć nie da się ukryć, że tego typu dźwięki o wiele lepiej prezentują się jeśli krasi się je jakimiś wizualizacjami. Ogólnie dobry występ, choć Włosi mogliby swoje niektóre utwory, trochę skrócić. Już pierwszy występ udowodnił też, że będący dyrektorem Firleja Robert Chmielewski, mylił się sądząc, że Asymmetry Festival to nie miejsce dla ludzi wyznających podobny do inż. Mamonia pogląd na muzykę. Publiczność znała prezentowane im przez muzyków utwory. I doskonale się przy niej "bawiła". Przy tego rodzaju dźwiękach uznać to można bardziej za komplement niż przytyk. Po Lent0 na scenie zameldował się Ufommamut, przez wielu uważany za dostarczyciela najlepszego w trakcie pierwszego weekendu występu. O wiele większa niż przy okazji Lent0 energia, bardziej złożone i nie okaleczone dłużyznami kompozycje, no i wizualizacje porwały zgromadzonych w Firleju w świat bulgoczących gitar Ufomammuta. Urlo, Poia i Vita pozwolili też sobie na o wiele większą niż muzycy Lent0 interakcję z publicznością. Odwzajemniali "rogi" formowane z dłoni zadowolonych słuchaczy, widać też było, że zwyczajnie dobrze się bawią podczas gdy ich koledzy z Włoch zdawali się być momentami bardziej przejęci swoją muzyką niż słuchający ich ludzie. Niby konwencja "nerytycznej" muzyki zakłada nie bratanie się z publicznością, ale wszystko ma swoje granice. Po występie Mamuta poprzeczka została zawieszona bardzo wysoko i przed następnymi w kolejności Baroness stało trudne zadanie. Uporanie z nim zajęło im dokładnie tyle ile trwał grany przez nich na początku występu utwór, zaraz po nim Firlej był już ich, a postawiona przez Mamuta poprzeczka kopnięta tak wysoko, że nie dało się jej już widzieć. Brodaty lider Baroness John Baizley od początku zdawał mi się kogoś przypominać, ale nie mogłem skojarzyć kogo. Po kilku kawałkach zaskoczyłem. Toż to wypisz, wymaluj sobowtór Leonidasa z "300", i tak jak w już kultowej scenie z tego filmu to co działo się w Firleju dało się określić angielskim słowem "Madness". Na scenie jak poparzony w tę i z powrotem biegał Baizley raz po raz racząc zebrany tłum swoimi pełnymi szaleństwa spojrzeniami. Był wszędzie: na przedsceniu, śródsceniu i zapewne gdyby nie ograniczający mu pole manewru Allen Blikle okładający bębny, hulał by też i po zasceniu, wymachując gitarą, machając głową i strojąc mrożące krew w żyłach miny. Publiczność nie pozostawała mu dłużna i równie energicznie szalała pod sceną. Był mały moszpicik, wykrzykiwanie tekstu wraz z Baizleyem, obowiązkowe "rogi", a nawet stage diving, którego nie odmówił sobie nawet basista Baroness- Summer Welch. Obie strony przypadły sobie do gustu do tego stopnia, że Baroness nie tylko wyszli na bis, bez którego prawdopodobnie publiczność nie opuściłaby Firleja, ale zagrali na nim zupełnie świeżutki utwór. Ot, taka wisienka na i tak cudownym tego wieczora torcie.

Drugi dzień skradli bez dwóch zdań 65daysostatic. Zanim jednak przyszedł ich występ, zebranej tego dnia publiczności dane było posłuchać i pooglądać At The Sundown oraz przebrnąć przez Tummo. Ci ostatni to jak dla mnie całkowita pomyłka. Nudni, nieruchawi, jakby wystraszeni swoją obecnością na scenie. Zajmujący do tego stopnia, że w trakcie ich występu poświęciłem się bez żalu czyszczeniem swojego telefonu z niepotrzebnych sms-ów. At the Sundown zaprezentowało się dużo lepiej, ale też bez specjalnych rewelacji, ot poprawny występ. To wszystko jednak nie miało żadnego znaczenia kiedy na scenie pojawili 65daysofstatic. Przyznaję bez bicia, że był to pierwszy raz jak ich słyszałem, nie tylko na żywo, ale w ogóle, i zrobili na mnie piorunujące wrażenie. Podobnie jak dzień wcześniej Baroness momentalnie zjednali sobie publiczność i nie oddali już jej aż do końca. Tryskający humorem, rozgadany (zapewne również dlatego, że z racji grania muzyki instrumentalnej nie ma za bardzo na scenie okazji do "gadania") wokalista po każdym utworze miał jakiś dowcipny komentarz albo jakąś, zapewne uprzednio przygotowaną, frazę po Polsku. I jak tu takich showmanów nie polubić? Nawet jakby zagrali gównianie, a zagrali świetnie, zostawiliby po sobie co najmniej dobre wrażenie. Ich oparta na brzmieniu perkusji muzyka, w której sample doskonale mieszają się z gitarami to było to, czego tego wieczora trzeba było temu festiwalowi, i na dobrą sprawę każdemu festiwalowi i każdego wieczora.

W niedzielę, zapewne niedługo po powrocie z kościoła, publiczność festiwalowa stawiła się na koncerty: Kingdom, Tephra, A Storm of Light i Amen Ra. Niestety tak w niedzielę jak i w dni poprzednie nie poraziła swoją ilością. Występ Kingdom określiłbym jako sensownie nagłośnione A Storm of Light, do czego jeszcze wrócę. Dobry, gig, który ani mnie powalił, ani zawiódł. Następnie na scenie zameldowała się niemiecka Tephra, która sama określa się jako mieszankę hardocore, doom i slugde. Jak dla mnie dominującym pierwiastkiem w tej mieszance jest hardcore, co zresztą było widać po jednym z gitarzystów, Alex-ie który tak sympatycznie, hardcorowo miotał się ze swoim wiosłem po prawej stronie sceny. Przed Amen Ra trzeba było jeszcze jakoś przełknąć występ A Storm of Light. To już drugi raz jak widziałem ich "live" i trzeba im przyznać, że od kiedy widziałem ich przed Neurosis w Warszawie zrobili ogromny postęp. Są jeszcze bardziej męczący. Nikomu w ciągu tych trzech dni, nawet Tummo nie udało się tak skutecznie wypłoszyć ludzi z sali. Rozgrzana przez świetny występ Tephry publiczność nie wiedziała co ją czeka. Dla jasności - lubię ASOL posłuchać, bo ich płyta mimo zdarzających się tu i tam dłużyzn jest całkiem udana, ale na żywo są nie do zniesienia. Ich występy bardziej niż koncerty muzyczne przypominają jakiś dziwny performance. Rozkręconemu do granic rozsądku basowi towarzyszy wydzierający się bez ładu i składu Josh Graham, którego gitary prawie nie słychać oraz plemienne bębny. Za plecami tej nie do końca wesołej zgrai wyświetlane są wizualizacje, które z całego występu mają najwięcej sensu. Szkoda słów. Na koniec zostało danie główne wieczoru, czyli Amen Ra. Chłopaki z Belgii ustawiali się chyba najdłużej ze wszystkich występujących artystów, ale czekać zdecydowanie było warto. Raz jeszcze tego wieczora w ruch poszedł rzutnik do wyświetlania wizualizacji, które doskonale uzupełniały występ. Występ, trzeba dodać, prawie doskonały. To "prawie" pojawiło się tylko dlatego, że grali oni tylko i jedynie 45 minut. Daremne było wywoływanie ich na bisy, choć i z drugiej strony nie tak zdeterminowane jak to miało miejsce przy Baroness, czy 65daysofstatic w poprzednich dniach. Winę za ten brak determinacji zwaliłbym oczywiście na ASOL, które do tego stopnia wymęczyło słuchaczy, że nie mieli już oni siły na więcej muzyki, bez względu na to jak dobra by nie była. Co do samego występu Amen Ra, to był on mistyczny. Atmosfera wykreowana za pomocą wizualizacji, minimalistycznego oświetlenia i samej muzyki sprawiała wrażenie obrzędu, w którym dane było wszystkim zebranym w Firleju uczestniczyć. Wokalista - Colin - tylko na krótką chwilę odwrócił się w stronę publiki, cały pozostały czas spędził wykrzykując swoje teksty, jakby do pojawiających się na ekranie przed nim obrazów. Uczucie uczestnictwa w szamańskim rytuale potęgowały też wykonywane przez niego gesty, oraz oczywiście niesamowita muzyka. Koncert fenomenalny, chociaż krótki.

I tyle z relacji z pierwszego weekendu na Asymmetry Festiwalu. Chciałoby się rzec do wszystkich za Gombrowiczem: koniec i bomba, a kto nie był ten trąba.

1

Napisał(a): kosa