Good Warning IV! - relacja - Data: 20.07.2011 - Ogladano: 780

Chaos, totalny chaos. To pierwsza rzecz jaka przychodzi mi na myśl, kiedy myślę o czwartej edycji cyklu muzycznego Good Warning! realizowanego w Łodzi. Bywałem na poprzednich edycjach festiwalu i zupełnie nie spodziewałem się tego co miało nastąpić. Organizator, zdaje się, też nie.

Już od samego początku było wiadomo, że to będzie ciekawy wieczór, a napięcie rosło jak w dobrym dreszczowcu. Zaczęło się od tego, że jakieś problemy techniczne miała rozpoczynająca Forma. Jako, że nie mogli się rozstawić z perkusją - o czym później - zdecydowali się na set akustyczny. Całkiem miło się tego słuchało, wyrobił się apetyt na więcej i w najbliższym czasie na pewno się z podłączoną do wzmacniaczy Formą zapoznam

Występująca po secie akustycznym Moanaa już na granie unplugged sobie nie chciała pozwolić. I tu wracamy do tematu perkusji. Okazało się bowiem, że abstrahując od tak oczywistych rzeczy, jak brak działających odsłuchów, perkusista nie ma się jak rozstawić, bo w klubie nie było ani jednego dywanu, który jest niezbędny, aby zestaw perkusyjny nie uciekł, kiedy pałker będzie go okładał. Czas mijał nieubłaganie, a dywanu nie było. Na szczęście, nerwowa atmosfera panowała tylko wśród muzyków, bo nastroje przybyłych fanów muzyki ciężkiego grania studziła atmosfera klubu Stara Szwalnia, w której impreza się odbywała oraz zimne piwo z pewnego lubelskiego browaru, którego nazwy - żeby nie robić mu reklamy - nie wspomnę. W końcu jednak, po wielu trudach udało się skądś załatwić dywan i karawana mogła jechać dalej. Długiego oczekiwania zespołowi Moanaa zrekompensować się nie udało. Po tym jak ich ostatnio widziałem we wrocławskim klubie Firlej w trakcie ostatniej fazy eliminacji Neuro Music Contest, gdzie zrobili na mnie spore wrażenie, spodziewałem się o wiele więcej. Może to przez nerwy, jakich się najedli przy rozstawianiu wypompowali z siebie już wszystko co mieli.

Kolejny występ i kolejny zgrzyt. Występujący tym razem solo Tom Morris, grający w Her Name Is Calla tym razem pokazał się z akustycznym projektem solowym uzbrojony tylko w gitarę i swój głos. Jak sam zaznaczył, nadłożył, o ile dobrze pamiętam, 9 godzin drogi z planowanej trasy swojego powrotu do domu, tylko po to, żeby móc raz jeszcze wystąpić przed łódzką publicznością, którą tak dobrze pamiętał z poprzedniej edycji Good Warning!, na której wystąpił z macierzystą kapelą. Tym razem pobytu nie będzie chyba wspominał za dobrze, jako że ciężko mu było przebić się przez odgłosy, jakie, jakby to w "Rejsie" powiedziano, paszczami wytwarzali przybyli, którzy w większości, nie oszukujmy się, przybyli, żeby zobaczyć gwiazdy wieczoru, które z graniem akustycznym mają tyle wspólnego, że też używają gitar.

Wszystkie jednak poprzednie problemy były niczym w porównaniu z tym, co działo się w trakcie, kiedy scena została oddana pod władanie City Of Ships. Okazało się, że nie działa jeden bądź więcej efektów gitarowych u jednego z "wiosłowych" kapeli. Próbowano włączać, przełączać efekty, kable, co się dało i gdzie się dało. Wraz z opóźnieniem zaczęła rosnąć niecierpliwość i niezadowolenie zebranych w klubie muzyków, bo piwka zaczęły im się powoli w główkach pienić. Co paradoksalne, największe problemy sprawiali nie małolaci, ale dwóch dżentelmenów w średnim wieku, którzy starali się nakłonić powoli tracącego nerwy, i coraz mniej spokojnym i grzecznym tonem cedzącego muzyka, żeby już grał. Na szczęście, ktoś w końcu poszedł po rozum do głowy i usunął muzycznych seniorów z przed oczu zdenerwowanego muzyka. Pomoc przyszła z najmniej oczekiwanej strony. Oto, znawcą tematu okazał się jeden, mający już znaczne problemy z utrzymywaniem równowagi jegomość. Ze szczątków rozmowy, które udało mi się wyłapać wynikało, że winna okazała się instalacja elektryczna, która nie była w stanie poradzić sobie z wytwarzanym przez takie ilości sprzętu napięciem. Przez piętrzące się lawinowo opóźnienie koncert niestety musiał zostać skrócony. A szkoda, bo serwowanych przez Miasto Statków potężnych dźwięków się tego wieczora w Łodzi świetnie słuchało.
Zapomniałbym jeszcze dodać, że wspomniany wcześniej specjalista od elektryki okazał się też zapalonym dźwiękowcem. Opromieniony glorią chwały, jaką przyniosło mu uruchomienie sprzętu, wędrował w trakcie koncertu na trasie realizator dźwięku - publiczność i z powrotem, ze swoim telefonem komórkowym, który dzięki specjalnej aplikacji wychwytywał błędy w brzmieniu. Tak, nie żartuję. To miało miejsce naprawdę.

Po tym jak z przestrzeni, na której się rozstawiały zespoły, a którą umownie możemy nazwać sceną, zwinęło się City of Ships obgryzałem nerwowo paznokcie obawiając się, że interweniować będzie musiał chwiejny dźwiękowiec/elektryk, ale poszło nadspodziewanie szybko. Oczywiście, muzycy Rosetta też nie byli do końca zadowoleni, bo do problemów z nagłośnieniem, doszły jeszcze te z interfacem konsolety dźwiękowej, które nie pozwoliły na uruchomienie dodatków elektronicznych, które zespół przywiózł ze sobą. Rosetta zagrała świetny, elektryzujący i przepełniony mocą koncert. Zatracenie się w muzyce utrudniały ciągle błyskające lampy aparatów, ale i pomimo nich występ zaliczam do bardzo udanych. Szkoda, że tak szybko minął. Nie wiem, czy to wina obcięcia setu przez obsuwy, czy też mi tak szybko minął czas. Co prawda, po Rosetta mieli się jeszcze pojawić specjalni goście, ale już sobie ich darowałem.Niestety, musiałem już się zbierać.
Co ja mam o Good Warning! IV napisać? Przecież to, co się tego dnia w Starej Szwalni działo mogłoby posłużyć za idealną absurdalną komedię pomyłek. Raz jeszcze okazało się, że najlepsze scenariusze pisze życie. Dopełnieniem opisanego przeze mnie obrazu są dwie emo dziewczynki, które się leniwie rozsiadły na koncercie Rosetta na dywanie przed zespołem i ze znudzeniem obserwowały jak przepełnieni emocjami muzycy energicznie się przed nimi poruszają, oraz fotografowie, którzy byli na tyle dobrzy, że nie przejmowali się kadrowaniem zdjęć, tylko z ręki, bez opamiętania zasypywali całą Starą Szwalnie oślepiającymi błyskami fleszy. Muzycy i zapewne większa część publiki opuszczała klub z nietęgimi minami. Trudno się było tego dnia skupić na samej muzyce i oskubać ją z całej otoczki niesmaku, jakie wywoływały kolejne niedopatrzenia. Szkoda, bo ta, zwłaszcza w wykonaniu dwóch ostatnich kapel, sprawdziła się świetnie. Gdyby nie fakt, że widziałem organizację poprzednich edycji Good Warning, w tym miejscu nie znajdowałoby się podsumowanie, a dopiero zaczynałbym się rozkręcać w wylewnym określaniu tego czego byłem świadkiem. Jednak jako, że nie myli się tylko ten, co nic nie robi, dajemy żółtą kartkę i uważnie patrzymy na ręce. Na przyszłość jednak, zakładając, że coś może pójść źle, mniej ostentacyjnie nosiłbym plakietkę z napisem "Organizator".
Napisał(a): kosa
Komentarze [0]
